Teresa i Marta Sawickie

Zaczęło się banalnie. Pani Teresa poproszona przez chorą sąsiadkę o przynoszenie obiadów z zakładowej stołówki, zaczęła je sama dla niej gotować. Kiedy odkryła, że chora dzieli się jedzeniem ze staruszką z są-siedztwa, przygotowywała dodatkową porcję, a kiedy okazało się, że do posiłku dołączyła pewna niewidoma, której trudno chodzić do odległej Kuchni Brata Alberta i jeszcze jedna osoba chora psychicznie, stosownie do zapotrzebowania zwiększyła ilość obiadów. I właściwie nie wie, jak z dwóch obiadów zrobiło się kilkadziesiąt, a później ich liczba wzrastała nawet do 170 dziennie!

Pani Teresa pracowała w Wieliczce. Tam, w czasach wielkich trudno-ści zaopatrzeniowych, łatwiej niż w Krakowie można było coś „zdobyć”. Znajomi często oddawali jej niewykorzystane kartki żywnościowe. Wstawała o trzeciej w nocy, aby przed pracą obrać ziemniaki i warzywa. (Ktoś wyliczył, że w czasie trwania działalności Kuchni obrano w niej co najmniej 1,5 mln ziemniaków!) Po powrocie z pracy gotowała obiad i część porcji sama roznosiła. Z czasem zaczęła jej pomagać młodsza siostra.

Marta Sawicka jest z wykształcenia ekonomistką. Kłopoty ze zdrowiem pojawiły się w roku 2000. Pani Marta przeszła operację onkologiczną. Po-czątkowo nie angażowała się w działania siostry. Później, chcąc ją odciążyć, zaczęła włączać się w przygotowywanie coraz większej ilości obiadów. Kiedy w 1990 r. straciła pracę, zajęła się wyłącznie Kuchnią. Dwa lata póź-niej pani Teresa przeszła na rentę i odtąd obydwie siostry zajmowały się już tylko pomocą innym, gotowaniem posiłków i z pozoru niezwiązanymi z Kuchnią sprawami. Te sprawy to pisanie podań, doradzanie, pranie ubrań osobom pozbawionym takiej możliwości, a wreszcie opieka nad chorymi, samotnymi osobami, którym nosiły posiłki. Kiedy ich podopiecznym gro-ziło przeniesienie do domu pomocy, siostry brały ich do siebie, bywało, że na ostatnie lata… W ten sposób w mieszkaniu pań Sawickich odeszło z tego świata pięć osób otoczonych do końca serdeczną opieką.

Sposób funkcjonowania Kuchni zmieniał się na przestrzeni ćwierćwiecza w zależności od kondycji zdrowotnej sióstr, sytuacji finansowej,przychylno-ści otoczenia lub jej braku. Był czas, kiedy gotowanie posiłków odbywało się w wynajętych w pobliżu mieszkaniach, a ich wydawanie w pobliskim sklepiku. Jednak z powodu sąsiedzkich szykan i donosów trudno było wy-trwać w jednym lokalu dłużej niż 2 lata. Od kilku lat gotowanie odbywa się w maleńkiej kuchence w mieszkaniu pań Sawickich. Przy garnkach krząta się pani Lucyna, długoletnia klientka Kuchni. Przed godziną 12 pod bramą pojawiają się pierwsi goście – tak o swoich podopiecznych mówią siostry. Wchodzą pojedynczo do mieszkania na parterze (panie mieszkały kiedyś na piętrze, ale właściciel kamienicy przeniósł je do mniejszego lokalu), gdzie w malutkim przedpokoju panie Lucyna, Teresa i Marta napełniają im jedze-niem menażki i słoiki. Ilość wydawanych posiłków stale się zmienia; ostatnio jest to prawie 60 pełnych posiłków i około 70 porcji zupy z chlebem.

Z bezpłatnych obiadów przy ulicy Odrowąża korzystają: rodziny wie-lodzietne, emeryci, którym po wykupieniu leków nie starcza na jedze-nie, bezrobotni, bezdomni. Chorym zanosi się posiłki do domu. I jeszcze 7 kotów znajduje się pod opieką Kuchni... Magazyn żywności i dóbr wszelakich, w przekazywaniu których siostry pośredniczą, znajduje się w wynajętej w sąsiedztwie dawnej pralni i w ich piwnicy.

Kiedy panie Teresa i Marta pracowały, przeznaczały część zarobków na prowadzenie Kuchni. Jeszcze w latach 80. sprzedały pianino, meble i wartościowe obrazy. Na obiady dla swoich gości zamieniły też biżuterię odziedziczoną po babci i mamie. W ciągu 25 lat działalności Kuchni trafiałysię większe i mniejsze datki na jej funkcjonowanie. Od kilku lat pomagają paniom Sawickim dominikanie; raz na kwartał urządzają kwestę na utrzymanie Kuchni, a przez cały tydzień zbierają datki do puszek z napisem „Kuchnia dla ubogich”. Ich zawartość siostry oddają w poniedziałkowy ranek w zaprzyjaźnionym sklepie, gdzie przez cały tydzień biorą towar „na zeszyt”. Kiedy w puszkach jest mało, pożyczają od życzliwych ludzi, a kiedy w żaden sposób nie są w stanie spłacić sklepowego długu, modlą się do św. Józefa i zawsze zdarza się cud. Kiedyś włamano się do „ich” sklepu i z powodu inwentaryzacji musiały zwrócić przed terminem dług wynoszący 3000 zł. Siostry, wykorzystując wszystkie możliwości, zdołały pożyczyć tylko 600 zł. Były zrozpaczone. Wieczorem dominikanie znaleźli w puszce zawinięty w chustkę zwitek banknotów – dokładnie 2400! Według pani Marty święty Józef jest niezawodny, ale zawsze daje tylko tyle, ile akurat potrzeba. Ani grosza więcej. I znowu muszą się bać, czy nazajutrz będzie za co ugotować obiad. A ostatnio zaczęło przybywać gości. To pewnie przez media, które zainteresowały się Kuchnią.

Panie Teresa i Marta wykonują swoją wielką pracę cichutko i z życzliwym uśmiechem, codziennie (tylko w Popielec i Wielki Piątek Kuchnia jest nie-czynna) od 25 lat, ale pierwszy artykuł o nich pojawił się w związku z nomi-nacją do nagrody Totus Tuus 2003. W zeszłym roku dostały nagrodę ks. Józef Tischner, co zaowocowało nie tylko finansowym„wsademdokotła”,leczrównież kilkoma artykułami prasowymi i reportażem telewizyjnym. Zaraz potem pani Teresa odbierała w imieniu swoim i siostry nagrodę Polculu. Pani Marta w tym czasie zajmowała się Kuchnią. Chowany na specjalne „dokładki” Polcul też wkrótce się wyczerpie. Powróci lęk o kolejny dzień. Na szczęście św. Józef czuwa.

Joanna Dunikowska