Paweł Lechowski

W latach 1986–1993 pracował w Muzeum Okręgowym w Tarnowie, kierowanym przez innego miłośnika i popularyzatora romskiej kultury, Ada-ma Bartosza (wyróżnionego przez Polcul!). „Służbowo” zbierał cygańskie wyroby do stałej ekspozycji, z której słynie tarnowskie muzeum. W czasie tych poszukiwań trafiałnacorazliczniejszeprzejawyplastycznejtwórczościRomów, wbrew powszechnemu przekonaniu, że są oni stworzeni do muzyki, zaś plastyka w ogóle ich nie interesuje. Tak narodził się pomysł wystawy prezentującej romską plastykę i rzemiosło. W 1990 r. na własnych plecach przewoził eksponaty na wystawę, która towarzyszyła IV Światowemu Kongresowi Romów w podwarszawskim Jadwisinie. Wystawa ta, pierwsza w Polsce, jedna z nielicznych na świecie, była później pokazywana w kilku miastach Polski i Czech a później towarzyszyła prezentowanej ekspozycji tarnowskiej.

 

Z początkiem lat 90. do Polski zaczęli masowo przyjeżdżać rumuńscy Romowie. Dla niektórych nasz kraj był etapem w drodze do Niemiec, dla innych miejscem, gdzie można zarobić na poprawę bytu po powrocie do ojczyzny.

 

Pan Paweł zainteresował się nimi zrazu pragmatycznie; w nadziei za-kupu muzealnych eksponatów. Dzięki tym kontaktom zaczął posługiwać się językiem romani, który dotąd znał tylko biernie. Romowie zwracali się do niego ze swoimi problemami i poczuł, że coraz bardziej liczą na jego pomoc. Ich sytuacja była tragiczna; nie chciano ich we własnym kraju i nie chciano w krajach, do których przyjeżdżali za chlebem. Rumuńskie placówki dyplomatyczne nie kwapiły się z pomocą, odwracały się od nich organizacje pozarządowe i kościelne oraz lokalni Romowie, a skinheadzi stanowili śmiertelne zagrożenie. Trudno się zatem dziwić, że zaufali czło-wiekowi życzliwemu, szanującemu ich kulturową odrębność i w dodatku władającemu ich językiem. Wieść o „gadziu” bezinteresownie pomagają-cym Cyganom rozchodziła się błyskawicznie. Wkrótce wokół tarnowskiego muzeum koczowały liczne romskie rodziny. W prasie zaczęto pisać o „Konsu-lacie przy Krakowskiej” i o „rumuńskim konsulu”. W roku 1993 pan Paweł opuścił Tarnów i powrócił do rodzinnego Krakowa. Romowie szybko go tutaj odnaleźli a on poświęcił się im bez reszty. Stał się jednoosobową, jedyną w Małopolsce, troszczącą się o nich instytucją. „Instytucja” przytłoczona lawiną spraw do załatwienia odczuwała wyraźne braki kadrowe. Rok 1994 był szczególnie ciężki dla rumuńskich Romów z powodu częstych napadów skinów na ich obozowiska. Pan Paweł chodził i pisał do odpowiednich instytucji, nie zrażając się lekceważącym traktowaniem problemu przez urzędników i zarzutami, że „to on ich sprowadza”. Policja, prezydent, wojewoda... do skutku, czyli do podjęcia przez stosowne służby konkretnych działań zapewniających jego podopiecznym minimum bezpieczeństwa.

 

Jako nieformalny opiekun, tłumacz i pełnomocnik prawny zajmował się rodzinami rozdzielanymi w czasie deportacji. Walczył o odzyskanie bez-prawnie oddanego do adopcji dziecka, wyszukał adwokata zrozpaczonej matce przez Fundację Helsińską. Dopominał się o zwolnienie z opłat za porody, o dofinansowywaniepogrzebówiwydanienieletniejmatcezwłokdziecka, przez półtora roku przetrzymywanych w szpitalnej chłodni. Inter-weniował w sądach, gdy toczyły się sprawy przeciwko Romom, niekiedy zbyt pochopnie oskarżanym. W przypadkach poniżającego traktowania i urzędniczej bezduszności wkraczał do rzecznika praw obywatelskich. Dla chorych szukał pomocy w przychodni „Lekarze Nadziei”. W latach 1994–2000 w mieszkaniu pana Pawła żyła rodzina rumuńskich Romów, której liczebność „w porywach” przekraczała 20 osób! Zaopiekował się kobietą chorą na raka. Znalazł odważne lekarki, które wbrew woli przełożo-nych, zajęły się „kłopotliwą” pacjentką. Po ciężkiej operacji nie mogła ona jednak powrócić do obozowiska, więc pan Paweł wziął ją do siebie. Kobieta miała pięcioro dzieci (najmłodsze 11-letnie); starsze wkrótce sprowadziły współmałżonków, rodziły się dzieci, przybywali pozostali członkowie tej wielopokoleniowej rodziny. Administracja groziła eksmisją. Ze względu na chorobę kobiety wyrok zawieszono, ale zaraz po jej śmierci, wykonano.

 

Rumun – student łódzkiej Wyższej Szkoły Filmowej – nakręcił kiedyś etiu-dę, w której jest taka scena: pan Paweł w swoim mieszkaniu piszący kolejne pismo w sprawie „swoich” Romów, a w tle taborowe życie: kotlarz, taniec, muzyka, kilku grających w karty, brakuje jedynie ogniska! A w telewizji poka-zano wzruszający filmKatarzynyKotuliz1999r.pt.„Ambasador”,wktórympan Paweł robi „obchód” miasta, odwiedzając żebrzących i stara się uchronić ich przed dodatkowymi problemami, odbierając im fałszywe zaświadczenia lekarskie mające dokumentować ich „choroby”. Świetnie zdaje sobie sprawę z uciążliwości swoich podopiecznych dla społeczeństwa i służb porządko-wych, ale, uważa, skoro już są i mają kłopoty, to trzeba im „po ludzku” pomóc. Jego ogromne zaangażowanie to wyrażony konkretnym działaniem sprzeciw wobec znieczulicy, pogardy, wrogości i agresji.

 

Rumuńscy Romowie niemal całkowicie zniknęli z ulic naszych miast. Kie-dy pan Paweł w 2002 r. odbierał wyróżnienie Polculu, spodziewał się najazdu mołdawskich i ukraińskich Cyganów. Cieszył się wówczas z zaplanowanego Stowarzyszenia na Rzecz Romów. Chciał – w jego ramach – oficjalniezająćsię pomocą dla imigrantów. Uszczelnienie granic po 11 września, a później przystąpienie Polski do UE spowodowało, że Romowie przestali masowo przyjeżdżać do Polski. Problem może się jednak powtórzyć.

 

Czym zatem zajmuje się pan Paweł, wciąż zresztą nieposiadający sta-łego zatrudnienia? Bywa ekspertem i doradcą MSW w kwestii romskiej. Współpracuje z Fundacją „Pogranicze” w ramach programów edukacyjnych i integracyjnych, należy do organizacji promujących romskich artystów. Współtworzył też ostatnio, z panem Adamem Bartoszem Stowarzyszenie Harangos skupiające studentów pochodzenia romskiego. Uczestniczy w konfe-rencjach na temat dyskrym inacji Romów, jego opinie cytowane są w raportach „European Rome Right Center”. Krakowski OTV angażuje go przy realizacji programów o mniejszościach etnicznych. Jako romski ekspert bierze również udział w wyprawach na Litwę i Bałkany, a kiedyś nawet udało mu się odwie-dzić kilku spośród swoich rumuńskich Romów.

 

Jeśli przybysz z nieco ciemniejszą skórą, posługujący się językiem romani będzie potrzebował w Polsce pomocy, na pewno otrzyma ją od pana Pawła.

Joanna Dunikowska