abp Józef Życiński

Zaprosiłem p. Jerzego do Lublina, gdy przedostatni raz był w Polsce. Przy obiedzie tłumaczył mi swą filozofię życia, tak odległą od stylu nowobogackich dążących do sukcesu za wszelką cenę. Opowiadał, jak po wyjeździe do Australii i pierwszych sukcesach finansowych, wpadł na pomysł, by zająć się tymi, którzy usiłują wnosić dobroć do swych środowisk i pochylają się nad cierpiącymi. Słuchałem oczarowany jego świadectwem humanizmu, w którym zarówno osiągnięcia finansowe, jak i troski rodzinne schodzą na dalszy plan, podstawową zaś wspólnotą okazuje się wspólnota solidarnej więzi z ludźmi zepchniętymi na margines życia.

"Widziałem, jak usiłował budować tę wspólnotę w warunkach Australii. Wielu rodaków wspierało jego inicjatywy. Wielu innych utrudniało je, szukając możliwości stworzenia jakiegoś nowego konfliktu ze społecznością żydowską albo też tracąc czas na absurdalne kłótnie w sprawach najmniej istotnych. Należeliśmy do dwóch światów tak różnych, jak różny może być świat katolickiego biskupa i żydowskiego inżyniera agnostyka. Tymczasem złączyła mnie z nim wyjątkowa więź wartości i duchowej wspólnoty. Czasem zaskakiwała ona swą siłą, jak wtedy, gdy cieszył się mym wywiadem wydrukowanym w niekatolickiej prasie w Sydney. Najbardziej cieszył się tym, że chwaliłem dorobek Jana Pawła II. „Wie ksiądz biskup – mówił pan Jerzy – w zeszłym roku temu samemu dziennikarzowi udzielił wywiadu polski zakonnik. Byłem przerażony, bo bez przerwy poprawiał poglądy Ojcu Świętemu i tłumaczył, jak on by to zrobił. Na szczęście jednak nie wydrukowali mu tego wywiadu.”

Podobna wspólnota ocen i wartości zaskakiwała swoją czytelnością. Dziękowaliśmy za nią Bogu, gdy w przeddzień pogrzebu p. Jerzego odprawiałem za niego mszę św. w Archikatedrze Lubelskiej wypełnionej młodzieżą. W homilii mówiłem wtedy o anonimowych świętych, których Bóg nam nieustannie posyła, nawet w najbardziej nieoczekiwanych sytuacjach.

abp Józef Życiński

22 lutego 2005 r.